czwartek, 11 czerwca 2015

Prolog

Będąc dzieckiem, Kol przypominał ogień, który wesoło płonie w czasie różnych uroczystości. Był żywiołowy, energiczny i skory do psot, choć również nieco nieśmiały w przeciwieństwie do swoich braci. Lubił zadawać pytania, nad którymi dorośli łamali sobie głowę przez pół dnia, a zwykle celem jego ataku byli rodzice albo jego starsi bracia. Nikt nigdy nie powstrzymał go przed pytaniem, choć ojciec nie promieniował zadowoleniem z tego powodu.
Wszystko zmieniło się pewnego dnia, ponieważ dziewięcioletni Kol był zbyt naiwny i nierozważny. Niepotrzebnie mu ufał. Niepotrzebnie chciał mu pomóc. Niepotrzebnie poszedł do tego lasu. Dlaczego poszedł do lasu? Dlaczego poszedł w miejsce, gdzie nikt nie usłyszał jego krzyków?
Tego dnia Tamten Kol umarł. Umarł z powodu swojej naiwności i przez kilka tygodni był martwy. Z tego powodu ojciec, matka i Finn próbowali mu wszystko ułatwić. Wyleczyli żywe ciało, pozbyli się jego, byli wobec niego łagodni i na jego prośbę zachowali wszystko w tajemnicy. Nikt nie może wiedzieć, nikt nie może wiedzieć, nikt nie może wiedzieć… Dlatego Późniejszy Kol Wampir w głębi swojego nadgniłego serca cieszył się ze śmierci tych członków rodziny, którzy wiedzieli.
Jednak to nie oni pomogli mu przeżyć swoją śmierć i jej następstwa, nawet jeżeli znacznie ułatwili mu przetrwanie. To zawdzięczał płomieniowi, który płonął w izbie i na którego Kol patrzył przez całą swoją rekonwalescencję. Ten ogień kojarzył mu się później już tylko z magią, którą uprawiała jego matka. Esther, widząc zainteresowanie syna, nauczyła go kilku magicznych sztuczek i umiejętności, które później rozwijał z nieludzką obsesją. Bo gdy ogień magii w nim płonął, czuł się znowu Tamtym Kolem, dzieckiem, które zadawało pytania i mógł udawać, że leśnej ściółki nie zbroczyła jego krew.
Elijah, Rebekah, Niklaus i Henrik nigdy nie dowiedzieli się o tym, co spotkało Kola. Nie widzieli jego maski, jego nieufnego spojrzenia, jego grymasu nienawiści, jego gnijącego serca i tego, że się roztrzaskał. Nikt nie widział, bo nie wiedzieli na co patrzeć, bo nie chcieli tego widzieć, bo Kol nie chciał, żeby wiedzieli. A dlatego, że nie wiedzieli, traktowali Tego Kola jak Tamtego Kola, co jednocześnie go uspokajało i rozjuszało.
Kol Mikaelson nie był już płomieniem wesoło trzaskającym w Domowym Ognisku – był pożarem, gdy zaś stał się nieśmiertelnym martwym – pożogą, która zbierała krwawe żniwa i powstrzymywało ją jedynie chłodne ostrze sztyletu.
Czasem Ten Kol patrzał w lustro i znowu chciał być Tamtym Kolem. Było jednak na to za późno.